Rozmowa z psycholożką i terapeutką Joanną Nizińską o jej osobistej żałobie i o stratach, w których utknęli ludzie przychodzący do jej gabinetu

Co robimy, gdy nie radzimy sobie z utratą czegoś lub kogoś ważnego? Jaki ma to wpływ na nasze życie? Dlaczego bliskość na tym cierpi? Co jest potrzebne, żebyśmy mogli przeszłość zostawić za sobą i ruszyć dalej? Jak to osiągnąć? O tych i innych ważnych dylematach pracy ze stratą opowiada Joanna Nizińska.
- Powiedziałaś mi kiedyś, że doskonale rozumiesz ludzi, którzy w gabinecie dzielą się stratami, bo sama wcześnie straciłaś tatę. Trudno wyobrazić sobie bardziej dotkliwe doświadczenie dla dziecka. Ile miałaś lat? Powiesz o tym coś więcej?
- Tak, Tata zachorował, jak miałam 7 lat. Na mojej komunii już go nie było. Dwa miesiące później zmarł. Jako, że byłam dzieckiem, wtedy za wiele nie rozumiałam. Dopiero, jak byłam nastolatką, dotarło do mnie, co mnie przez to omija i czego mi brakuje.
- Co Ciebie omijało? Jak sobie z tym radziłaś?
- Z perspektywy czasu widzę, że beztroskie dzieciństwo zniknęło bardzo szybko. Nigdy nie mogłam narzekać na brak rówieśników – było ich bardzo dużo i zawsze świetnie się bawiliśmy. Jednak to nie zastąpiło fundamentu, jakie powinno dziecko otrzymywać od rodzica.
- W którym momencie zdałaś sobie sprawę, że tamto doświadczenie odcisnęło się na Twoim życiu i dalej ma na nie wpływ?
- Myślę, że jak byłam młodą dorosłą. Udowadnianie, że mogę wszystko sama zrobić, że nie potrzebuję nikogo do pomocy, że „dam radę zawsze” ciągnęło się za mną baaaardzo długo. Aż w końcu przyszedł czas na terapię i przepracowanie tego tematu.
- Co pomogło Ci najbardziej w Twojej własnej terapii?
- Uświadomienie sobie tego, że nie pozwoliłam sobie wcześniej na żałobę – to było dla mnie bardzo uwalniające. Oraz to, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu.
- To chyba jedna z najbardziej bolesnych rzeczy w życiu: pogodzić się z naszą przemijalnością, ograniczonością, traceniem tego, co dla nas cenne. Co według Ciebie stanowi sygnał, że staje się to za trudne i lepiej poszukać profesjonalnej pomocy?
- U mnie prędzej ciało wysłało sygnał: ciągłe napięcie, problemy ze snem, zawroty głowy. Przebadana od stóp do głów, w końcu zdecydowałam się poprosić o pomoc. Nie przyszło to łatwo… Ja? Proszenie o pomoc? Nigdy. A jednak….to była przełomowa decyzja.
- A więc ciało często mówi jako pierwsze. Co jeszcze jest takim nieświadomym wołaniem o pomoc u osób, które przychodzą do gabinetu psychologa?
- Nadmierna drażliwość. Zachowania, których za bardzo nie rozumiemy. Emocje, które na co dzień nam towarzyszą – czy czasem smutek nie trwa za długo? Warto poznać nasze schematy, skąd się biorą i przed czym nas chronią. Nasze emocje – po co one są? Co nam chcą powiedzieć? Dlaczego nie mogę komuś zaufać, pomimo tego, że jest dla mnie dobry i nic złego mi nie zrobił. Poznając siebie zdobędziemy najcenniejszą wiedzę.
- Po czym osoba będąca w niezdrowej żałobie może poznać, że należy to przepracować?
- Często taka osoba unika rozmów o zmarłych, tak jakby nic się stało. Z drugiej strony czasami, pomimo czasu, który upłynął, nadal utrzymuje się faza rozpaczy. Bywa, że dochodzi do wyparcia – osoba nie wierzy, że zmarłego już nie ma. Kiedy okresy te się przedłużają i zaczyna nam to utrudniać funkcjonowanie, warto udać się do specjalisty. Żałoba jest sprawą bardzo indywidualną, tu nie ma złotego środka.
- Ile zazwyczaj trwa praca w gabinecie, by ten ktoś mógł powiedzieć: „już mogę spokojnie spać i patrzeć w przyszłość”?
- Z każdym klientem pracuję w tempie dostosowanym do jego potrzeb i możliwości. Często jest tak, że już pierwsze spotkanie pomaga odblokować emocje i dotrzeć w głąb siebie. Osoby, które nie wiedzą, skąd u nich takie objawy a nie inne, często potrzebują kilku spotkań, by odkryć, co jest źródłem problemu. Jednak jako terapeuta TSR wierzę, że każdy ma w sobie zasoby, aby przejść tę drogę i wyjść w niej zwycięsko.
- Czego taka osoba boi się najbardziej, zanim przyjdzie do gabinetu? Czemu zwleka?
- Często pojawia się strach „co ludzie powiedzą, jak się dowiedzą”. Niektórzy próbują wierzyć, że sami sobie dadzą radę. Na szczęście powoli te przekonania się zmieniają i coraz więcej osób decyduje się udać po pomoc do specjalisty.
- Pomyślałam, że przekonanie „dam sobie radę sam/a”, ma dużo wspólnego z lękiem przed bliskością. Co o tym myślisz?
- Tak. Nierzadko osoby boją się do kogoś zbliżyć, bo nie chcą cierpieć, gdyby nagle tej osoby zabrakło, np. doszłoby do rozstania lub do przedwczesnej śmierci. Niestety nasza relacja na tym traci. Nie możemy wtedy cieszyć się z niej w pełni.
- A więc praca nad stratą to też godzenie się, że tę aktualnie bliską osobę możemy stracić? Jeśli tę niepewność zaakceptuję, co to zmienia?
- Pewna w życiu jest zmiana, nic nam nie jest dane na zawsze. Czasem o tym zapominamy. Pod pojęciem straty może się też kryć utrata zdrowia, pracy, przyjaźni itd.Kiedy zaakceptujemy stratę, wracamy do równowagi psychicznej.
- Mam wrażenie, że ludzie boją się akceptować stratę, bo to tak, jakby oddać nadzieję, że np. jeszcze będziemy z kimś szczęśliwi. A Ty mówisz, że zaakceptowanie straty przywraca równowagę. Czy czegoś takiego właśnie doświadczyłaś po swojej terapii?
- Dokładnie tak. Było to dla mnie bardzo pozytywne doświadczenie, jednak nie obyło się bez przemyśleń typu „czy to tak powinno wyglądać?”. Zaskoczyło mnie jednak bardzo mocno, jaką to potrafi dać siłę. Jakie nowe możliwości dostrzegamy, kiedy nie jesteśmy „zablokowani”.
- Zbliżając się do końca naszej rozmowy, chciałabym jeszcze dopytać, czy jest taki moment w terapii, gdy łatwo się wystraszyć i uciec? Na co powinna zwrócić uwagę osoba będąca w terapii, by nie przerwać jej przedwcześnie?
- Niekiedy boimy się wejść za głęboko i to powoduje lęk, strach przed tym, że może znowu nas coś zaboleć i niejednokrotnie jest to prawda. Należy pamiętać o tym, że aby móc pójść naprzód, warto zrozumieć swoje emocje, ponieważ każda z nich coś nam mówi. Na terapii działamy według zasady „bój się i rób”.
- Taki skok na główkę?
- Ale bez złamania karku 😉 Może być nam niewygodnie w tym procesie, zwłaszcza na początku, bo dotykamy czegoś, co nas boli, co było z nami długo. Należy pamiętać, że terapeuta dostosowuje tempo pracy do klienta. Nie chodzi o to, by pracować „za wszelką cenę „. W terapii często wolniej oznacza szybciej.
- Czy jest jakaś jedna rzecz, którą szczególnie chciałabyś przekazać osobom utkniętym w stracie, w żałobie?
- Chciałabym, aby osoby, które zastanawiają się nad przyjściem do gabinetu, wiedziały, że to naturalne czuć stres przed pierwszym spotkaniem. Czasami jest to też wstyd, który nas blokuje. A terapeuta jest po to, byśmy nie musieli dźwigać ciężaru emocji samotnie. Jego zadaniem jest pomóc klientowi w dotarciu do tego, co boli i uwiera i przejść przez to wspólnie.
- Dziękuję Ci za rozmowę i za otwartość w dzieleniu się swoim doświadczeniem.
- Ja też dziękuję.
rozmawiała: Anna Moszko-Wawer

